Infinite Storm (2022)

Kino Małgorzaty Szumowskiej poznałem od złej strony, bo widziałem tylko jej bardzo przeciętną Córkę Boga (2019). Ale choć jej dorobek artystyczny jakoś bardzo mnie nie pociąga, tak szanuję ją za poczucie swojej własnej wartości, grające często na nerwach innych. Po prostu lubię takich butnych twórców, którzy to potrafią narobić wokół swoich dzieł więcej szumu samym gadaniem, niż faktyczną wartością artystyczną. Jednak na Infinite Storm poszedłbym nawet wtedy, jakby kręcił go ktoś zupełnie mi nieznany.

Bo przede wszystkim jest to film o górach, a w zasadzie o przetrwaniu ciężkich warunków w górach. I nie chcę robić z siebie niewiadomo jakiego himalaisty, ale zdarzyło mi się wspinać gdzieś wyżej i to zimą. Co prawda nigdy nie miałem i obym nie miał podobnych przygód co bohaterowie tego filmu, to jest w tym coś dla mnie podniecającego. Nie zrozumcie mnie jednak źle, idąc w góry nie liczę na to, że ktoś złamie nogę i będę go musiał tachać na plecach!

I w planach też nie miała tego Pam (Naomi Watts), która ruszyła na amerykańską Górę Waszyngtona, by przerobić traumę związaną z rodzinną tragedią sprzed lat. Mimo niesprzyjającej prognozy pogody i ostrzeżeń kierownika schroniska, kobieta rusza na samotną wędrówkę. „Góry są tańsze od terapii, tylko słuchają i nic nie mówią” – z takim frazesem na ustach zaczyna mozolną wspinaczkę na ośnieżone szczyty.

Przed seansem dowiedziałem się, że film ten wcale nie był kręcony w Stanach Zjednoczonych a w… Słowenii. Wiecie co? Ta wiedza jakoś strasznie mi ciążyła przez cały czas, bo widziałem mimowolnie, jak bardzo europejski jest to krajobraz! Choć nigdy nie byłem co prawda w górach USA, tak widząc wiele innych filmów, dokumentów i fabuł tam zlokalizowanych, jakoś mi się to nie kleiło. Na całe szczęście Góra Waszyngtona nie jest relatywnie wysokim i bardzo charakterystycznym szczytem, więc można przymknąć na to oko.

Ale nie będę przecież narzekał na to, że schronisko czy parking pod szczytem są „za mało amerykańskie”! W pewnym momencie nasza bohaterka spotyka na samym szczycie tajemniczego mężczyznę, któremu nadaje imię John (Billy Howle). Facet ten zrezygnował z życia i postanawia umrzeć samotnie na szczycie góry. Nasza bohaterka oczywiście obiera sobie za cel sprowadzenie zmarzniętego człowieka na dół. Zapowiadało się całkiem ciekawie, szkoda tylko, że pani Szumowska zupełnie nie wiedziała, jaki film kręci.

Infinite Storm stoi w rozkroku między byciem transcendentnym przeżyciem a surowym kinem survivalowym. W tym pierwszym przeszkadza fakt, że film jest bardzo płytki, naiwny i łapiący nas dość tanimi metodami. Ale okej, to jeszcze jako tako działa i stanowi wartość dodaną całej produkcji, gorzej jest z aspektem czysto fizycznym. Ludzie w tej Ameryce są chyba z gumy, łamią się, skaczą z urwisk, a i tak po chwili wstają i idą dalej. Rozbawiły mnie sceny, kiedy nasz bohater wpada do górskiego potoku, spędzając w wodzie jakiś dłuższy czas, po czym wstaje i w mokrych ciuchach dziarsko przemierza skuty lodem las. Nie wspomnę już o takich głupotach jak fakt, że nasza bohaterka pomyka sobie bez czapeczki po smaganych burzą śnieżną graniach. Każdy, kto był w zimie na wysokości ponad 1500 m.n.p.m, wie, że grozi to szybkim nokautem!

Widać, że reżyserka ma mało takiej czysto teoretycznej wiedzy, kiedy chodzi o góry, i naciąga wiele faktów na rzecz snutej przez siebie opowieści. Nie umiała chyba pokazać inaczej dramatu ludzi zmagających się z bezlitosną przyrodą niż poniewieranie nimi jak maskotką przez wściekłego pudła. Jednak wiecie, fabułą musi iść do przodu, więc naszym bohaterom tak naprawdę nic nie grozi. I jest to chyba mój największy zawód jeśli chodzi o Infinite Storm, bo w filmie zdecydowanie brakuje poczucia permanentnego zagrożenia. Niby rzucone zostaje hasło, że temperatura spadnie do niebezpiecznych wartości, jednak jest to tylko pusty frazes, z którego później nic nie wynika.

Powiedziałbym, że lepiej niż na nowym film Małgorzaty Szumowskiej można iść samemu w góry, ale będzie to trywialne. Jeśli kogoś interesuje tematyka górska, to warto obejrzeć Infinite Storm choćby dla walorów humorystycznych, bo ta niewiedza reżyserska jest naprawdę zabawna i taka rozczulająca w swej naiwności. Niestety jest to kolejny przykład, który potwierdza regułę, że kino tej pani chyba nie jest zwyczajnie dla mnie. Na całe szczęście i słoweńskie góry są piękne, więc oglądanie takich widoczków na wielkim ekranie zawsze zaliczam do plusów.

Oryginalny tytuł: Infinite Storm

Produkcja: Australia/Polska/Wielka Brytania

Dystrybucja w Polsce: gutekfilm.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.