Berserker (1987)

Pamiętam, jak w fazie zachłyśnięcia się kinem siekanym, popularnie zwanym slasherem, polowałem na mającego premierę w 1987 roku Berserkera. Sam pomysł na klasyczny, leśny horror połączony z mitologią nordycką i tytułowymi herosami wchodzącymi w ciała bestii wydawał mi się na tyle intrygujący, że do pierwszego seansu zasiadłem z wypiekami na twarzy. Czy wtedy mi się podobało? Z tego, co pamiętam nie bardzo, ale czas zmierzyć się z dziełem Jeffersona Richarda raz jeszcze!

Jeśli widziałeś jakikolwiek slasher z lat 80., to pewnie nie muszę Ci streszczać fabuły omawianego tutaj filmu. Ale z recenzenckiego przymusu jestem do tego zobligowany. A więc Berserkera otwiera nieco baśniowa, nieco oniryczna i wkomponowana w kolorowe napisy początkowe scena przybycia do Ameryki samotnego Wikinga. Szybko pocięta sekwencja ukazuje nam proces metamorfozy napakowanego chłopa w… napakowanego chłopa z założonym dość niechlujnie niedźwiedzim pyskiem. Brzmi obiecująco? Niestety później jest już znacznie gorzej.

Przechodząc do właściwej części filmu, umiejscowionej w gęstwinie stanu Utah, i obowiązkowej scenie wstępnego mordu na parze obozujących staruszków, poznajemy głównych bohaterów filmu. A są to oczywiście… młodzi ludzie pragnący spędzić na łonie natury kilka beztroskich chwil paląc jointy i oddając się cielesnej uciesze. Mamy Josha (Greg Dawson), którego znienawidzisz, gdy tylko zacznie się film, Mike’a (Joseph Alan Johnson), jego dziewczynę Shelly (Beth Toussaint), Kathy (Valerie Sheldon), Kristi (Shannon Engemann) i kujona Larry’ego (Rodney Montague). Jednak czy muszę się rozwijać na temat ich charakterów, skoro pierwszy rzut oka definiuje je całkowicie?

Oczywiście nasi bohaterowie po drodze napotykają lokalnego szeryfa i właściciela leśnego kempingu, którzy szczerze odradzają im rozbijanie obozu w tym miejscu. A miejsce to jest wyjątkowo urokliwe! Mamy zielony niczym świeża antonówka las, malowniczą rzeczkę wijącą się wzór pagórków i osadzony pośrodku tego wszystkiego domek. Nasi bohaterowie zatem w tych sprzyjających okolicznościach chleją browary z puszki, dziewczyny prężą swe ponętne ciała do słonecznych promieni, a warkot silnika quada niesie się echem wśród drzew. Za ten akt naruszenia ustalonego przez naturę pokoju musi przyjść kara.

Jefferson Richard, który do niedawna jeszcze zajmował się z powodzeniem produkcją filmów grozy, wykonał rzemieślniczo sprawną robotę. Berserker jest nakręcony po prostu ładnie, las nocą oświetlony jest tak, jak trzeba, a przejścia między niektórymi scenami naprawdę robią robotę. Pierwsze, ekranowe morderstwo zmontowane jest naprawdę dobrze, dając nadzieję na naprawdę solidne widowisko. I po tym względem czysto technicznym film Richarda właśnie taki jest. To nie jest obskurny slasher, jakich pełno wówczas pojawiło się na rynku. Choć oczywiście niski budżet co rusz wyłazi tutaj zza każdego drzewa.

Niestety, późniejsze sceny mordu zaczynają trącić już taniochą. W sumie to większość z nich klasycznie już dzieje się poza ekranem, a nam zostaje podziwiać, dość mizerny niestety, efekt końcowy. Co ciekawe, większość z zabójstw dokonana zostaje przy pomocy wielkiej, puchatej łapy niedźwiedzia. I cholera, tak bardzo widać, że jest to tylko statyczny rekwizyt zatwierdzony na sztywnym pałąku, a nie coś z krwi i kości! Nie zepsuję też zabawy, jeśli powiem, że film stara się trzymać pewną tajemnicę. Czy za zabójstwami faktycznie stoi tytułowy Nordyk? Czy to tylko wina rozszalałego niedźwiedzia terroryzującego okolicę? Powiedzmy, że tę zagadkę zostawię Wam samym!

Uwaga, teraz będzie spoiler! Być może najważniejszą sceną filmu, oprócz nagich piersi jednej z dziewczyn, jest ta, w której tytułowy Berserker zaczyna uprawiać zapasy z niedźwiedziem! Niestety, brzmi to fajnie tylko na papierze, bo pojedynek ten wcale nie dostarcza tyle frajdy, ile by mógł. Pod koniec film przybiera formułę niczym kolejny odcinek Scooby-Doo, ale do tego momentu wydaje mi się, że nikogo już nie obchodzi to, kim jest filmowy morderca lub każdy domyślił się tego w trakcie.

Bardzo chciałem po latach polubić Bersekera, myślałem, że znajdę w nim coś, czego nie mogłem dostrzec wtedy. I cholera, oprócz tych ładnych zdjęć i sprawnej realizacji chyba oglądało mi się go jeszcze gorzej, niż przed laty. Bo teraz nie miałem tego ładunku ekscytacji obcowania z czymś nieznanym, czymś, co ma wszelkie podstawy aby mi się spodobać. Jeśli szukacie czegoś w podobnym stylu, to lepiej sobie chyba odpalić nieco starsze Grizzly (1976), niż wyjść na spotkanie z czającym się w głuszy Wikingiem/niedźwiedziem. Z biegiem czasu człowiek robi się wybredny i kilka ładnych ujęć nie ratuje całego filmu.

Oryginalny tytuł: Berserker: The Nordic Curse

Produkcja: USA, 1987

Dystrybucja w Polsce: BRAK

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.