Opętanie (1981)

Patrząc na biografię Andrzeja Żuławskiego, jego Opętanie to wentyl dla bólu związanego z rozwodem z polską aktorką Małgorzatą Braunek. Podobnie jak jego poprzedni film, Najważniejsze to kochać z 1975 roku, Opętanie również stanowi bardziej uniwersalną przypowieść, która nie zamyka się w ciasnych, europejskich granicach wytyczonych po II Wojnie Światowej. Zamiast alegorycznej narracji dotykającej historii ojczyzny twórcy, Polski, tutaj otrzymujemy portret małżeństwa dosłownie gnijącego od środka. A jak wiadomo, miłość jest ponadczasowa i uniwersalna.

Mark (Sam Neill) to międzynarodowy szpieg powracający do domu do Berlina Zachodniego po kolejnej, długiej misji. Swojemu szefostwu kazał znaleźć za niego zastępstwo, chce w końcu rzucić pracę i skupić całą swoją energię na rodzinie. Zanim jednak zdąży zapytać swoją żonę Annę (Isabelle Adjani) o samopoczucie, ta ogłasza chęć rozwodu. Po kilku naprawdę gwałtownych kłótniach małżeńskich, w których Anna i Mark krzyczą na siebie ochrypłymi przekleństwami, kobieta w końcu przyznaje, że miała romans ze starszym, enigmatycznym Niemcem o imieniu Heinrich (Heinz Bennent).

Jednak zachowanie Anny jest na tyle osobliwe, nawet względem ich syna Boba, że Mark postanawia zatrudnić prywatnego detektywa, który będzie śledził kobietę. To, co zostaje przed nami odkryte w opuszczonym mieszkaniu na Kreuzbergu, w którym mieszka Anna, jest horrorem przekraczającym ludzkie pojęcie. W międzyczasie Mark nawiązuje niepewną relację z nauczycielką Boba, Helen, która jest uderzająco podobna do jego żony – a grana jest również przez Adjani. Anna jest wściekłym wichrem emocji z upodobaniem do noszenia ciemnych sukienek, podczas gdy Helen jest aniołem w bieli, zastępującym demona sobowtórem, który o nic nie prosi.

Opętanie idealnie wpisuje się w ramy „niezrozumiałego na pierwszy rzut oka filmu, nad którym później będą rozpływać się hipsterscy studenci filmoznawstwa”. Jednak oprócz tej całej stylowej jak jasna cholera otoczki, obraz Żuławskiego przyciąga również czymś innym. A jest to widoczna od pierwszych scen, rezonująca z ekranu czysta wściekłość. To dzieło przepełnione paniką i histerią, która z każdą minutą wysysa z widza ostatnie resztki dobrego samopoczucia. Pełno tutaj także pewnych hiperboli czy przesadnej gry aktorskiej, przez co wielu „normalnych” widzów może uciec sprzed ekranu, jednak działają one idealnie jako elementy potęgujące ogólny niepokój produkcji.

A wszystkiemu temu na dodatek przygrywa naprawdę paranoiczna muzyka, oparta na wykręcających mózg syntezatorach. Dziwna mieszanka wschodnioeuropejskich rytmów disco i bardziej stonowanej, konwencjonalnej ścieżki dźwiękowej robi świetną robotę. Pasuje idealnie do podzielonego Berlina wczesnych lat 80. oraz do ogólnego klimatu filmu, podkręcając jeszcze bardziej wszechobecną paranoję. W sumie to rozdarcie miejsca akcji, w tym wypadku Murem Berlińskim, idealnie oddaje wielowarstwową symbolikę na temat relacji międzyludzkich. Myślę, że minie mi jeszcze trochę czasu, który poświęcę na jego analizowanie.

No dobra, zapewne kilka osób czytających tę recenzję spodziewa się, że Opętanie można zaszufladkować w ramach horroru. I wiecie co? Byłaby to największa głupota, jakiej bym się dopuścił. No dobra, może nie największa, ale jedna z tych bardziej drażniących. Bo choć film Żuławskiego nosi wiele znamion kina grozy, choćby wyjątkowo niepokojąca scena z użyciem elektrycznego nożna do mięsa, na próżno szukać tutaj jakiś stricte gatunkowych tropów. To sztuka przez duże SZ, która nie poddaje się żadnej klasyfikacji, hybryda i miraż wielu elementów składowych, które razem tworzą wwiercającą się w głowę opowieść. Niczym w dobrej powieści reżyser zostawia nam tutaj sporo miejsca dla naszej własnej wyobraźni i interpretacji.

To również hipnotyczna wiwisekcja małżeńskiej komórki, zamkniętej w ciasnym mieszkanku w jednej z berlińskich kamienic. Widz, niczym mucha na ścianie, przygląda się tym obnażonym scenom z życia. Choć z każdą minutą utwierdzamy się w przekonaniu, że nie oglądamy prawdziwego życia, a raczej jakąś jego wykręconą, koszmarną kreację, Żuławski rejestruje wszystko z niezachwianym chłodem. Ton filmu jest śmiertelnie poważny, co często kontrastuje znad wyraz ekspresyjnym aktorstwem. Dla wielu może się to wydawać wręcz komiczne, ale tylko utwierdza mnie to w przekonaniu o jego niezaprzeczalnym statucie kultu. Zawsze miałem słabość do twórców, którzy tak umiejętnie potrafią operować hiperbolą.

Dla wielu widzów Opętanie może nie mieć żadnego sensu, a chęci na sięgnięcie po niego mogą być zmotywowane obecnością tego tytułu na niesławnej liście Video Nasties – która jest w jakimś stopniu przeze mnie zupełnie zrozumiała. To kino tak przesiąknięte emocjami, tymi widocznymi na pierwszy rzut oka oraz skrywanymi nieco głębiej, że wiele innych filmów o podobnej tematyce wydaje się wręcz anemiczne. To niezaprzeczalnie potężne kino! W świecie, gdzie przemysł filmowy ukierunkowany jest na wykalkulowany i bezpieczny zysk, warto sprawić sobie odskocznie w postaci czegoś naprawdę niekonwencjonalnego. Film Żuławskiego w tym kontekście wydaje się seansem wręcz obligatoryjnym.

Oryginalny tytuł: Possession

Produkcja: Francja/RFN, 1981

Dystrybucja w Polsce: kinopolska.pl

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.