Nie! (2022)

Jako osoba dość mocno wkręcona w tematykę UFO oraz ktoś, kto naprawdę polubił kino Jordana Peele – na przekór większości lubiącym bardziej jego To my (2019) niż Uciekaj! (2017) – z dreszczem emocji wyczekiwałem premiery jego Nie! Enigmatyczne zwiastuny, które ograniczałem sobie do minimum, oraz wszelkie spekulacje na temat tego, o czym będzie film, skutecznie podsycały moje oczekiwania. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy mogłem zasiąść w kinowym fotelu i popatrzyć na bezkresną, kalifornijską dolinę.

Ta tajemnica unosi się również przez lwią część właściwego filmu, ponieważ Peele, w swym niekonwencjonalnym podejściu, dość ostrożnie odkrywa przed nami karty. A jest to talia złożona ze zniuansowanych tropów łączących ze sobą klasyczny horror, science fiction, komedię oraz odrobinę westernu. Nawet jeśli komuś taka sprytna zabawa kinem nie podejdzie, to naprawdę wypada docenić starania w wykreowaniu czegoś zupełnie innego. Tak, Nie! jest tym filmem, do którego trudno znaleźć punkt zaczepienia w innych tekstach kultury.

Nie! większość swojego czasu poświęca na budowanie świata w oparciu o dwie, centralne postacie – nieco mrukliwego OJ’a (Daniel Kaluuya) oraz jego siostrę Emerald (Keke Palmer). Różni ich praktycznie wszystko, zaczynając od podejścia do życia oraz do rozpadającego się, rodzinnego rancza, na takiej czystej energii kończąc. Hodowla koni wykorzystywanych przy produkcji filmów stanowi sedno ich życia, spuściznę po zabitym w tajemniczym wypadku ojcu. Tamto tajemnicze zjawisko właśnie, kiedy z nieba spadł deszcz pieniędzy, kluczy i innych metalowych przedmiotów, staje się bezpośrednim zagrożeniem dla naszych bohaterów, jednak nie będę się tutaj rozwijał, by nie psuć Wam reszty zabawy.

W odróżnieniu od dwóch poprzednich filmów, które mimo wszystko cechowały się bardzo intymną atmosferą, Nie! jest najbardziej „epickim” z dotychczasowych dokonań Peela. Choć skupiony na rodzinnej tragedii, jest to film o wiele mniej osobisty i wykorzystuje bardzo szeroki horyzont (heh) zarówno postaci, wydarzeń i lokacji. Nakręcony w przepastnych plenerach film przeznaczony jest oczywiście do oglądania na wielkim ekranie, więc ludzie lubujący się w seansach pod kocykiem i z laptopem na kolanach z oczywistych względów nie doświadczą w pełni tego, czego życzyłby sobie reżyser. Jednak zabawa różnymi ujęciami kamery, które umiejętnie budują napięcie i stałe poczucie zagrożenia. Same efekty specjalne są używane z wysmakowanym umiarem, przez co nie wpadamy w znienawidzone przeze mnie poczucie sztuczności.

Choć otwarty na wiele różnych interpretacji, Nie! działa jako po prostu kosmiczny dreszczowiec, ocierający się dość mocno o tematykę szeroko pojmowanego przetrwania. Morderczy szympans, nadmuchiwane, tańczące postacie czy latający spodek, wszystko tutaj układa się niczym puzzle. Nie wszystko się łączy na pierwszy rzut oka, ale na pewno zamyka nas, widzów, na skrzętnie urządzonym wybiegu (heh x2). Nasza potrzeba i natura dokumentowania rzeczy i dojenia z okropnych doświadczeń życiowych pieniędzy oczywiście  wychodzi na prowadzenie w snuciu kolejnych teorii na temat fabuły Nie! Ale myślę, że z czasem otworzymy również inne drzwi, do których klucze porozrzucane są na różnych etapach tej historii.

A skąd tytuł? Nie wiem szczerze mówiąc, ale bohaterowie powtarzają to słowo dość często, co wydaje się raczej dość naturalną reakcją na atakujący nasze gospodarstwo latający spodek. Jedynym określeniem, które pozostaje niezmienne podczas oglądania tego filmu, jest „spektakl”. Nie ma lepszego słowa, aby opisać obserwowanie, jak bohaterowie rozwijają swój pomysł schwytania kosmity na kamerę, jednocześnie rozwijając swoją koncepcję tego, czym ten kosmita w ogóle jest, tworząc jeden z pierwszych dużych zwrotów akcji w filmie. Z oczywistych względów nie będę tutaj go ujawniał, ale powiem tylko, że jedna ze scen skojarzyła mi się dość mocno z organicznym wnętrzem kosmicznego pojazdu z fenomenalnego horroru Uprowadzenie (1993).

Całkowita nieprzewidywalność jest częścią uroku Nie!, ale czasami sprawia, że ​​jest on jednak zbyt zagadkowy. W pierwszym akcie pojawia się kilka tematów: historia rancza Haywood, miejsce czarnoskórych Amerykanów w kręceniu filmów, trening koni i tajemniczy „incydent” w sitcomie, który odcisnął piętno na sąsiadach rancza. Te dziwnie, przypadkowe elementy znajdują swoje miejsce ciągle narastającym zagrożeniu i reagującej na nie społeczności. Głównym elementem filmu wydają się konie, których imiona służą również za nazwy poszczególnych rozdziałów tej historii. Co się za tym kryje? Niestety albo stety, Peele jest bardzo ostrożny w odpowiadaniu nam na to pytanie.

Fakt jest jednak faktem, a przyszliście tutaj nie po moje pseudointelektualne wywody, Nie! to wspaniały przykłady reżyserskiej odwagi gościa, który tworząc kino głównego nurtu, nie boi się dziwności. Wszystkie te metafory potrafią być zarówno zabawne, jak i logiczne wkomponowane w świat wykreowany w głowie Peela. Być może nie jest to jego najlepszy film, bo z dużym budżetem rozwiał się gdzieś elementarny komentarz społeczny, jakże potrzebny w dzisiejszych, niepewnych czasach. Ale to wciąż wielkie kino, które zaskakuje, angażuje i przede wszystkim potrafi wciągnąć widza w świat przedstawiony, który, choć na pierwszy rzut oka dziwaczny, łączy się w jakąś logiczną całość. A Jordan po raz kolejny udowodnił nam, że jest kinową orkiestrą w jednej osobie: widzem, fanem, akademią i twórcą.

Oryginalny tytuł: Nope!

Produkcja: USA, 2022

Dystrybucja w Polsce: uip.com.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.