Idol (2023-)

Nie jestem bezkrytyczny wobec poprzedniej pracy Sama Levinsona, czyli jego głośnej Euforii (2019-), dostrzegam też w jego stylu wiele pretensjonalności i takiego bajdurzenia rodem z nastoletnich fantazji. Ale cholera, kupuję to z całym dobrodziejstwem inwentarza, bo jakby nie było, cała ta skumulowana wokół internetowych trendów estetyka była potrzebnym powiewem świeżości dla całej kultury masowej. Dlatego też czekałem na Idola, który na pierwszych zwiastunach wolał do nas hasłami „historia prosto z rynsztoku Hollywood” czy „dzieło chorych i pokręconych umysłów” – w domyśle Levinsona i Abela „The Weeknd” Tesfaye.

Pierwotnie serial ten wyreżyserowała Amy Seimetz, która odeszła, gdy większość projektu została już ukończona. Ponieważ HBO zdecydowało się na poważny remont w dziale kreatywnym, plotkowało się w kuluarach, że ​​​​The Weeknd był niezadowolony z kobiecego punktu widzenia, jaki obrał serial. „Precz z kobietami-reżyserkami, wkraczamy ze złym i wkurwionym wujkiem Samem – powiedział pewnie Abel, decydując się przejąć całkowicie stery nad Idolem. Kosztowało to producentów kolejne 70 milionów dolarów i spowodowało poważne opóźnienia.

„Totalna katastrofa!”, „Najgorszy serial ostatnich lat”, „Tego nie da się oglądać, ten serial jest okropny” – grzmiały nagłówki praktycznie większości recenzji serialu. Ja jednak na chłodno usiadłem do niego tak, jak do większości tego typu dzieł, z chłodną głową. I może będę robił tutaj za adwokata diabła, ale ja serial szczerze polubiłem, podobał mi się i mam zamiar bronić go za wszelką cenę. Wyczuwam również pewną koniunkturę w negatywnym wypowiadaniu się o nim, coś jak moda, poczucie tego, że coś powszechnie uważane za złe w rzeczywistości musi takie być.

Zamiast licealistki radzącej sobie ze swoimi nałogami, tutaj mamy pogrążoną w żałobie gwiazdę popu próbująca zainscenizować swój wielki powrót. Jocelyn (przepiękna Lily-Rose Depp) spędziła ostatni rok na dochodzeniu do siebie po złamaniu serca i śmierci matki. W pierwszym odcinku  Jocelyn wykonuje polecenia od fotografa, który prosi ją, by pozowała seksowne, zwracała uwagę i była pełna emocji oraz wrażliwości. Gdy kamera oddala się, aby ukazać całą operację wokół naszej gwiazdy, dochodzimy do całego sedna programu, który jasno mówi nam, że celebryci to w zasadzie korporacje.

Ale na pierwszy plan wychodzi szybko dość żywy związek Jocelyn z Tedrosem (Tesfaye „The Weekend”), menadżerem klubu nocnego i samozwańczy guru grupy dzieciaków o wyjątkowych zdolnościach artystycznych. Momentalnie trupa z Tedrosem na czele wprowadza się do wielkiej wilii Jocelyn, nieco odcinając naszą gwiazdę od świata zewnętrznego, przejmując kontrolę nad każdym aspektem jej życia. Tedoros staje się zatem nie tylko partnerem, ale także managerem, oprawcą, producentem i doradzą młodej gwiazdy. Wszystko to prowadzi w linii prostej do konfliktu z wielką korporacją, która stoi właśnie za takimi ludźmi jak Jocelyn, skazując ich na chwałę lub wieczne zapomnienie.

Idol najbardziej błyszczy wtedy, gdy przestaje tak bardzo starać się szokować. W scenach seksu między Deppem i Tesfaye panuje napięcie, pewien rodzaj „suchego” erotyzmu podkręcanego przez apatetyczną grę obu aktorów. Śmierć matki sprawiła, że ​​Jocelyn jest bezradna i bezbronna, a jej nieprzewidywalne zmiany nastrojów powodują, że zespół ludzi skupiony wokół znajduje się na krawędzi. Kiedy widzimy, jak młoda gwiazda próbuje ponownie poświęcić się muzyce – poprzez rozmowę z Tedrosem lub fizycznie obciążające próby kręcenia teledysku – serial wydaje się pracować nad bardziej interesującą tezą, niż bycie tylko jedną, przeciągniętą reklamą mody na problemy psychiczne. Bo naprawdę, te, choć ocierają się w serialu o bardzo toksyczne, niebezpieczne miejsca, nie stanowią wbrew temu, co mówi wielu, jego centrum.

Dla mnie nie jest to serial, który ma wskazywać palcem i mówić nam wprost „patrz, to jest toksyczne zachowanie, tego unikamy”. To raczej jakaś nieco oniryczna wersja BigBrothera, w której jesteśmy tylko biernymi widzami tego, co dzieje się w przepastnym domu. Oczywiście nie tak surowa, jak pospolite reality show, bo co jak co, ale Levinsonowi oka i ucha odmówić nie można. Idol posiada chyba najbardziej imponujący soundtrack ze wszystkich seriali ostatnich lat, łączący w sobie zarówno żelazne hity jak Like a Prayer Madonny czy współczesną alternatywę w postaci Kali Uchis. Kawałki nagrane na potrzeby serialu również robią robotę, w końcu sama Deep ma świetny głos, a cover Jealous Guy w wykonaniu The Weekenda to czyste złoto płynące na me uszy.

To serial tak głęboki, jak głębocy są jego bohaterowie i branża, o której opowiada. W pewnym momencie Nikki grana przez Jane Adams mówi Jocelyn w pełnej emocji scenie, że dla swojego zespołu jest rzeczywiście bardziej produktem niż osobą. Dzieje się tak po tym, jak piosenkarka spędziła noc z Tedrosem i nagrała nową wersję zatwierdzonego wcześniej przez wytwórnię singla. To taka ludzka eksploatacja, drenowanie talentu, przekładanie dzieła ponad jego twórcę. Dlatego też dziwi mnie, że zimny, pozbawiony emocji i pełen często naprawdę sztywne aktorstwa serial spotyka się z taką dużą krytyką. W końcu jak opowiedzieć lepiej o jakimś problemie czy toksycznym środowisku niż przyjąć jego charakter?

Oryginalny tytuł: The Idol

Produkcja: USA, 2023

Dystrybucja w Polsce: hbomax.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *