Księga Boby Fetta (2021-)

No i stało się! Dobiegł końca pierwszy sezon mokrego snu większości fanów Gwiezdnych Wojen, czyli serialu poświęconego postaci galaktycznego łowcy nagród Boby Fetta. Śmieszne, że postać, która w zasadzie powstałą po to, by sklepy z zabawkami zasiliła kolejna, fajnie wyglądająca figurka zrodziła dla uniwersum cały nowy segment – kulturę Mandalorian. Historia zatoczyła koło, a Boba jest znów na topie, jeśli chodzi o cały merch związany z Star Wars.

Oczywiście nie obeszło się bez kontrowersji. A to że Boba jest za stary i nie tak żwawy lub jest go zwyczajnie za mało. I w sumie jest w tym jakaś racja, bo na siedem odcinków serialu, dwa zostały w całości poświęcone innej postaci z uniwersum, Mando Dinowi Djarinowi i jego przeuroczej maskotce Grogu (znanemu szerzej jako Baby Yoda). Rozumiem też narzekania na to, że serial w pewnych momentach robił jako teaser dla innych produkcji, wrzucając przed kamerę całą gamę znanych postaci, które mają zapowiedziany (lub zapowiedziany zostanie wkrótce) swój własny spin-off.

Wróćmy jednak do Boby, który teraz zasiada na tronie Jabby, roszcząc sobie prawa do znajdującego się na pustynnej planecie Tattooine miasta Mos Espa. Lata pracy jako bezwzględny łowca nagród i krótki pobyt w trzewiach pustynnego robala sprawiły, że Fett zmiękł. Próbuje zbudować swoją pozycję nie pięścią, a zwyczajnym, ludzkim szacunkiem. Dlatego też nie zgadza się na to, żeby jego miasto stało się punktem przerzutu kosmicznego narkotyku zwanego przyprawą. Przyprawa, pustynia, robale – brzmi znajomo? Uwierzcie mi, to jednak zupełnie inny typ rozrywki, niż fenomenalna Diuna (2021)!

Bo w tej całej gangsterskiej otoczce, serial nie zatraca ducha Gwiezdnych Wojen! I nie mówię tutaj tylko o tym, że tak silnie osadzony jest w tym uniwersum. Chodzi o to, że to wciąż dość prosta historia o walce dobra ze złem, a heroicznych wyczynach bohaterów ku pokrzepieniu prostego ludu i panującej nad wszystkim otoczce kina fantasy. W zasadzie historia ta jest na tyle uniwersalna, że mogłaby być osadzona w byle jakim uniwersum i działałaby wciąż tak samo. Ci źli to brutalny w swych działaniach syndykat Pike, ci dobrzy to oczywiście Boba i jego kolorowi sprzymierzeńcy.

A wszystko to z rozmachem godnym największych, kinowych superprodukcji. Naprawdę, to chyba najlepszy obrazek pod względem efektów specjalnych, jakie dane mi było zobaczyć na małym ekranie. Idealnie sprawdza się tutaj łączenie efektów komputerowych ze sprawdzonymi kukiełkami i prawdziwą charakteryzacją. Zobaczyć w pełnej krasie banthę czy te wszystkie kosmiczne rasy to prawdziwy miód na serce fana oryginalnej trylogii. Finałowa batalia, choć stanowi powtórzenie z tego, co widzieliśmy w dwóch poprzednich odcinkach Mando, to swoim wykonaniem i skalą robi naprawdę imponujące wrażenie. Ale to już zostawiam Wam…

Ponarzekać mogę jedynie na najcięższy zarzut, brak oryginalności. Te wszystkie nawiązania oczywiście cieszą i nie są dla mnie jakimiś karygodnym błędem, jednak chciałbym w końcu zobaczyć coś nowego. Za pasem jest serial poświęcony postaci Obi-Wana, który również dziać się będzie wśród wydm Tattooine. Wiecie, ja jestem strasznym fanem uniwersum, więc te wszystkie powiewy świeżości mogę łapać w książkach i komiksach, Ale rozumiem, że ci, którzy ograniczają się tylko do seriali aktorskich mogą, poczuć już nutkę znużenia. A to dopiero trzecia produkcja!

Nad wszystkim czuć autorską rękę Roberta Rodrigueza, który narzucił na wszystko płachtę latino-westernu. Pojedynki w pełnym słońcu na środku ulic czy wyciągnięte rodem z Tańczącego z wilkami (1990) bratanie się z lokalsami nadają całości bardzo wyrazisty smak. Czy chciałbym tego więcej w Gwiezdnych Wojnach? Mój apetyt na spaghetti western został już chyba zaspokojony i chciałbym teraz skosztować innej kuchni odległej Galaktyki. To wszystko oczywiście pasuje do świata łowców nagród niczym kastet Czarnego Krrsantana do twarzy trandoshanina, ale ile można?

Ale ta recenzja nie ma najmniejszego sensu, bo jestem na tyle łatwym w obsłudze fanem, że wszystko, co sygnowane jest logiem Star Wars i czuć w tym jakieś serce, z miejsca mnie kupuje. No i namawiam oczywiście wszystkich, żeby spróbowali! Bo nawet jeśli nie jesteście fanami pojedynków na latarki w kosmosie, to ta bardziej przyziemna i kameralna w swej skali opowieść może być dla Was świetną odskocznią. I naprawdę nie trzeba znać tych wszystkich twarzy czy modeli statków kosmicznych, by cieszyć się z seansu. Ja się już zamykam i idę czytać kolejną powieść z odległej Galaktyki, czekając na kolejne rzeczy do oglądania.

Oryginalny tytuł: The Book of Boba Fett

Produkcja: USA, 2021

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.