Shoot (1976)

Kanadyjska głusza, grupa uzbrojonych po zęby weteranów i przypadkowa strzelanina kończąca się śmiercią, prowadzącą w prostej linii do zemsty. Brzmi jak zachęcający przedsmak genialnego Rituals (1977) i rip-off równie przeze mnie cenionego Uwolnienia (1972). Ten zapomniany przez Boga i świat film Harveya Harta brzmi jak niezły kąsek dla wszystkich fanów „męskiego kina”! Ale jak jest w rzeczywistości?

Zgraja wojennych weteranów wyrusza na polowanie gdzieś w kanadyjską knieję. Oczywiście sposób, w jaki przemierzają las, nie pozwala im nawet na zaobserwowanie jelenia, ponieważ panowie idąc, głośno dyskutują o typowo męskich rzeczach. Dochodząc do klifu górskiego strumienia napotykają na inną grupę, również związaną z wojskiem. Błędna ocena celu doprowadza do oddania śmiertelnego strzału.

Po powrocie do prowincjonalnego miasteczka obie grupy orientują się, że nikt nie zgłosił feralnego incydentu lokalnej władzy. Jak na dumnych i honorowych wojaków przystało, panowie decydują się rozwiązać sprawę po swojemu. W tym celu gromadzą jak najwięcej sprzętu i ludzi, by nad brzegiem leśnej rzeczki rozegrać prawdziwą batalię na śmierć i życie.

I muszę przyznać, sam początek filmu wyglądał dla mnie naprawdę obiecująco. Osobistą sympatią lubię taką jesienną scenerię, las pełen nagich drzew i chrupiące pod stopami liście. Co prawda bohaterowie nie są kimś, kogo możemy jakkolwiek polubić czy nawiązać z nimi emocjonalną więź, ale gdzieś czuje się to czyhające w zimnych powietrzu zagrożenie. Kiedy w końcu dochodzi do niespodziewanej (dla bohaterów oczywiście) konfrontacji, napięcie sięga zenitu.

Jednak w zasadzie to… tylko tyle! Naprawdę, całą zawartość główną Shoot stanowią dialogi i mozolne przygotowywania do ostatecznej bitwy. Nie jest to ani ciekawe, ani w jakikolwiek sposób popychające film do przodu. W zasadzie cały ten wątek mógłby stanowić jakieś 20% seansu i wyszłoby to tylko na dobre. Ten dziwny kierunek, jaki obiera film, to zapewne efekt tego, że twórca chciał pochylić się nad losem weteranów, nie sprowadzając swojej historii to regularnej strzelaniny.

Ale cholera, to tutaj nie działa. Jak już wspomniałem, żaden bohater nie daje się polubić i nie posiada jakiejś głębszej historii. To koszarowe stereotypy, które ostatecznie służą i tak za mięso armatnie. Nie pomagają nawet takie nazwiska jak Henry Silva, Cliff Robertson czy Ernesta Borgnine. W zasadzie ten ostatni ma tylko jakiś charakter, który staje w opozycji do reszty jego współtowarzyszy.

Należy mieć również na uwadze, że Shoot to wyjątkowo obskurne i tanie dzieło. Nie znajdziemy tutaj zachwycających pejzaży kanadyjskiej przyrody czy jakichś sprytnych ruchów kamery. Nawet końcowa strzelanina, choć mająca (w założeniu) rozmach, wygląda jak sesja ASG jakiś dzieciaków ubranych w ciuchy z demobilu. No nie zachwyca.

Dlatego też ta garstka widzów, którzy z jakichś względów sięgną po Shoot, poczuje się tak samo znudzona, jak oglądana na ekranie grupa facetów przemierzająca las. Nie działa to zarówno jako twarde kino akcji, surowy film zemsty czy jakaś próba oddana należności weteranom. To dziwaczne dzieło, którego naprawdę obiecujący początek i energiczny finał grzęźnie gdzieś pośród nudnego wypełniacza, jakim jest większość filmu. Do tego lasu wchodzicie na własną odpowiedzialność!

Oryginalny tytuł: Shoot

Produkcja: Kanada, 1976

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *