Autopsy (1975)

Nic nie sprawia mi większej przyjemności niż szukanie kolejnej włoskiej perełki z mojego ukochanego gatunku – giallo. Żyjemy w cudownych czasach postępu technologicznego, dzięki czemu możemy delektować swe spragnione wrażeń oczęta pięknymi wersjami starych produkcji. Źródła to najczęściej obrazy o rozdzielczościach 2K lub 4K, które lądują na płytach Blu Ray z całą masą dodatków, takimi jak komentarze reżyserów lub historyków kina, wywiady z odtwórcami głównych ról (przynajmniej z tymi, którzy jeszcze żyją) czy też alternatywne wersje okładek i plakaty w wersji mini. Tym razem szukając czegoś europejskiego, trafiłem na Autopsy 1975 w reżyserii Armando Crispino. Reżysera kojarzyłem już wcześniej ze stylowego giallo The Dead Are Alive 1972 z ciekawą intrygą i dreszczykiem grozy. Czy warto było?

Film rozpoczyna krwawa sekwencja kilku scen samobójstwa (chlastanie żyletką po łapach, skok do rwącego potoku z workiem foliowym na głowie, morderstwo dzieci i strzał z karabinu w klatę). Z racji tego, że w mieście dochodzi do wielu przypadków odbierania sobie życia (co mają powodować niby występujące na Słońcu plamy), pewien psychopata pozoruje tego typu incydenty. Morduje ofiary i ustawia wszystko w ten sposób, by zmylić trop.

Główną bohaterką filmu jest młoda, atrakcyjna blondynka Simona, która na co dzień pracuje w kostnicy pośród całej gromady zwłok. Poza tym pisze jakąś pracę magisterską na temat i nawet podczas ciupciania nie może skupić uwagi i widzi wstające z łóżek trupy. Jej chłopak ma już tego dosyć, nie pomagają nawet seanse z czarnobiałymi pornosami z projektora. Gdy ginie sąsiadka Simony, w jej życie wkracza szalony braciszek denatki, w dodatku ksiądz. Okazuje się, że w przeszłości wypadł z toru podczas wyścigu w Le Mans i zabił wiele osób. Teraz zrobi wszystko, by odnaleźć mordercę siostry. Podejrzenie pada na tatusia Simony, podstarzałego playboya…

Nie ukrywam, że początkowo film do mnie nie przemawiał. Owszem, było na co popatrzeć, bo oprócz golizny mamy tu kilka mocno graficznych scen z trupami, wychodzące z czaszki gałki oczne, wyciąganie flaczków i inne sceny w kostnicy. Muzyka Morricone nastrajała pozytywnie w czasie seansu i tak w połowie filmu zacząłem się już wciągać. Początkowy chaos scenariusza może mocno irytować i powodować uczucie zagubienia u widza. W dodatku szarpany montaż sprawiał, iż nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że montażysta był chyba nachlany wódą podczas sklejania ujęć. Ale wracając do tematu, to rzeczywiście druga połowa filmu wciąga i zaczynamy mocno wkręcać się w całą intrygę. Reżyser umiejętnie wodzi widza za nos, film potrafi miło zaskoczyć (można też podskoczyć z wrażenia).

Co do głównej postaci mam mieszane odczucia. Mimsy Farmer mimo swego dziwnie nieopisanego uroku trochę mnie irytowała. Blada, blond włosa amerykańska aktorka wypada niestety słabo przy swych koleżankach po fachu, o nieopisanym wręcz seksapilu (Marisa Mell, Edwige Fenech, Barbara Bouchet, Rosalba Neri, Dagmar Lassander). Widziałem ją niedawno w innym, swoją drogą całkiem niezłym giallo The Perfume of the Lady in Black 1974. W obsadzie Autopsy pojawia się również lubiany przeze mnie Ray Lovelock, o którym pisałem już wcześniej na łamach Wild Weekly przy okazji Queens of Evil 1970, w którym zagrał i zaśpiewał. Wciela się on tutaj w chłopaka Simony, który śmiga w wyścigach rajdowych na torze, lubi fotografować i jest fanem brata denatki (księdza). Naszpikowany pozytywną energią chłop powinien jednak zmienić dziewczynę, gdyż ewidentnie jest z nią coś nie tak, ale to już widz oceni sam.

Jak zwykle w giallo mamy lekką psychodelę podczas wizji Simony. Brakowało trochę scen morderstw, mimo wszystko to nadal dobre, wciągające giallo, które każdy koneser włoszczyzny powinien skonsumować. Aktualnie film możemy oglądać w pięknej wersji na płycie Blu Ray wydanej w zeszłym miesiącu przez firmę Vinegar Syndrome.

Oryginalny tytuł: Macchie Solari 

Produkcja: Włochy, 1975

Dystrybucja w Polsce: BRAK

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *